Wieczor kolęd

Wieczór kolęd w naszej parafii: Część.1 https://youtu.be/n-SZzOoBDb4 Część.2 https://youtu.be/nUcpF7lBdB4

Spotkanie z dr. Mieczysławem Guzewiczem

Posłuchaj konferencji ze spotkania: https://www.youtube.com/watch?v=bXPyojnTGxI&feature=youtu.be Doktor habilitowany teologii biblijnej i pastoralnej, świecki konsultor Rady do…

AMORIS LAETITIA

POSYNODALNA ADHORTACJA APOSTOLSKA AMORIS LAETITIA OJCA ŚWIĘTEGO FRANCISZKA DO BISKUPÓW DO KAPŁANÓW I DIAKONÓW DO…

Rok Miłosierdzia w diecezji London

Bishop Dabrowski talks about what the Holy Year of Mercy means, and how we can…

Kolędowanie w parafii

Zapraszamy wszystkich do obejrzenia filmików: Część I: https://youtu.be/MsNi80jst1o Część II: https://youtu.be/FpbSGXZ8yjM

News Klub Tygodnika Powszechnego

News Klub Tygodnika Powszechnego (10)

niedziela, 10 kwietnia 2016 20:00

Jan Paweł II: święty i człowiek

Napisał
Kwiecień każdego roku, a w kalendarzu religijnym Święto Miłosierdzia Bożego, dla naszej generacji będzie się już chyba stale kojarzyć z osobą papieża Jana Pawła II; niedawno minęło właśnie 11 lat od Jego śmierci, 5 lat od Jego beatyfikacji i 2 lata od Jego kanonizacji. Tu w Kanadzie, jesteśmy chyba wyjątkiem na skalę światową, obchodzimy też 2 kwietnia Dzien Jana Pawła II. Bez względu na stopień zaangażowania religijnego, wiek, wykształcenie, czy poglądy polityczne, większość z nas przyzna chyba, ze był On najważniejszym autorytetem moralnym w dziejach Polski. Gdy zbliżał się już kres Jego życia wielu z niepokojem zaczęło zastanawiać się, jak będzie wyglądać nasze życie społeczne i religijne, gdy Go zabraknie. Nie przypuszczali pewnie, że rzeczywistość okaże się bardziej koszmarna od najgorszych przewidywań.

A wydawałoby się, że recepta jest taka prosta: mimo Jego fizycznej nieobecności zawsze przecież możemy powrócić do Jego nauczania – w końcu jeszcze za swojego życia nie mógł On bezpośrednio ingerować w polską rzeczywistość, z rzadka mogliśmy słuchać Go bezpośrednio, a kontaktował się z nami głównie przez swoje słowa pisane. Recepta prosta, ale jej realizacja nie jest łatwa. Zrozumienie papieskiego nauczania wymaga sporego wysiłku intelektualnego i samozaparcia, aby „wgryźć” się w Jego nieco hermetyczny język. W sytuacji, gdy większość Polaków najbardziej podniecają internetowe „hejty” (całkiem odpowiednia lektura jak na Rok Miłosierdzia), trudno wymagać, aby przeczytali (i zrozumieli!) papieską encyklikę. O wiele łatwiej powtarzać parę oklepanych cytatów, często wyrwanych z kontekstu i zaadoptowanych do własnych celów, albo poprzestać na „teologii kremówkowej”. My, Polacy, mamy tez dodatkowy problem trafnie zdiagnozowany przez zmarłego kilka tygodni temu ks. Jana Kaczkowskiego: „Karol Wojtyła jest bliski mojemu sercu, bo to w koncu „nasz papież", chyba aż nadto „nasz". Pewnie ta „naszość" przysłania nam dziedzictwo, które pozostawił.”

Być może nasze obawy przed sięgnieciem po papieskie teksty spowodowane są świadomością dystansu jaki nas od niego dzieli w dziedzinie ducha. On: tytan, pomnik ze spiżu – my: zwolennicy przyziemnych przyjemności i duchowe miernoty, które odbębniwszy niedzielną Msze św. czekają już tylko na wyprzedaż w ulubionym sklepie.

Ten sam problem mamy zresztą z większością innych świętych. W miarę upływu czasu odchodzi w niepamieć papież-człowiek, pozostaje święty obrazek w aureolii. A przecież papież to był stuprocentowy człowiek, który nie tylko głosił kazania, sprawował Eucharystię i modlił się, ale też odpoczywał, spotykał się z przyjaciółmi i współpracownikami, spędzał trochę czasu na rozrywce. Zobaczmy w papieżu człowieka, może wtedy łatwiej będzie zrozumieć Jego nauczanie i łatwiej Go naśladować.

Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” zaprasza na spotkanie poświęcone papieżowi Janowi Pawłowi II i Jego życiu prywatnemu; temu jaki był poza oficjalnymi ceremoniami, w rozmowach z najbliższymi przyjaciolmi. Odbędzie się ono w sobotę 7 maja, 2016 o godz. 18:00 w sali parafialnej Kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej.

Kazimierz Adamiak Skaner, 05/2016
wtorek, 02 lutego 2016 19:00

Dziedzictwo Soboru Watykańskiego Drugiego

Napisał
Nasz wiek nie jest wiekiem teologii. Nie do wyobrażenia jest dzisiaj sytuacja z IV wieku, kiedy to ponoć przekupki na targu w Konstantynopolu kłóciły się o chrystologiczne prawdy. Dziś rozmowy o Bogu przegrywają z tymi o polityce, inwestycjach czy sporcie. Nawet tych bardziej zainteresowanych wiarą bardziej pociągają objawienia prywatne (często wątpliwej autentyczności), albo budzące dreszczyk emocji opisy szatańskich opętań. W tej sytuacji Sobór Watykański Drugi, którego 50-ta rocznicę zakończenia (praktycznie zniezauważoną przez media) właśnie niedawno obchodziliśmy, nie mógł liczyć na oszałamiający sukces medialny. Nie znaczy to jednak, że o Soborze się nie mówi. Wprost przeciwnie. Coraz aktywniejsza i chałaśliwsza jest grupa publicystów i ludzi Kościoła, która o Soborze wyraża się krytycznie, widząc w nim źródło kryzysu, który zaczął się w latach 60-tych ubiegłego wieku. Po przeciwnej stronie są zwolennicy radykalnych zmian, które czasem jako żywo nic z Soborem nie mają. Obie grupy mają jedną cechę wspólną: słabą znajomość źródeł, czyli soborowych dokumentów. Sobór Watykański został zwołany w roku 1962 przez papieża Jana XXIII, ku zaskoczeniu większości obserwatorów, którzy widzieli w tym papieżu dobrotliwego staruszka. Hasłem wywolawczym Soboru było „aggiornamento” , czyli odnowienie przesłania Ewangelii w świecie, który zaczął gwałtownie przyspieszać. Do grupy ojców-reformatorów należeli kardynałowie Wojtyła i Ratzinger. Wspierali ich wydatnie wybitni teologowie przed Soborem pozbawieni prawa nauczania. Nie obyło się bez gorących sporów, bo biskupi bardziej zachowawczy i konserwatywni, głównie dygnitarze watykańskiej kurii, próbowali spacyfikować co śmielsze zapędy młodszej generacji biskupów. Końcowe dokumenty przyjmowano jednak zawsze przytłaczającą większością głosów. W opinii ogółu wiernych, najważniejszym wynikiem Soboru było odwrócenie ołtarza do wiernych i zamiana łaciny na języki ojczyste. Faktem jest, że soborowa konstytucja „Sacrosanctum Consilium” mówiąca o liturgii jest jednym z najważniejszych soborowych dokumentów. Trudno jednak byłoby tam wogóle znaleźć zalecenie o odwróceniu ołtarzy, a o języku liturgii mówi ona tak: „(...) można pozwolić we Mszach (...) na stosowanie języka ojczystego (...). Należy jednak dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne (...) także w języku łacińskim”. Główną myślą przewodnią tej konstytucji była odnowa praktyki liturgicznej Kościoła, wysuwając na pierwsze miejsce zaangażowanie wszystkich wiernych w celebrację Eucharystii (przed Soborem Msze Św. odprawiał tylko ksiądz, a wierni jej „wysłuchiwali”). Najgłośniejszym chyba dokumentem soborowym była Konstytucja o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes”. W dokumencie tym Kościół na nowo zdefiniował swoją rolę w społeczeństwach demokratycznych i swój stosunek do praw człowieka. W efekcie po Soborze ostatecznie pożegnano się z myśla o dążeniu do katolickiego państwa wyznaniowego. Dlatego też uznano, że świat polityki i Kościół są od siebie niezależne i autonomiczne. Kościół od tej pory nie będzie wiązać się z żadną partią polityczną, choć będzie zachęcać katolików do aktywności politycznej. Nastąpiła też zmiana w stosunku do innych Kościołów chrześcijańskich, innych religii i niewierzących. Uznano, że pewne ziarna prawdy mogą być też obecne w innych wyznaniach, więc anatemy, potępienia i oskarżenia o schizmę należy zastąpić dialogiem ekumenicznym. Zrewidowano stosunek do judaizmu: zgodzono się, że Żydzi są dalej narodem wybranym i ich nawracanie przestało być celem naszego Kościoła - z modlitw Wielkopiątkowych zniknęła ta o nawrócenie „wiarołomnych Żydów”. Przełomowych postulatów w nauczaniu Soboru było oczywiście znacznie więcej. Na przykład przywrócenie Biblii jej wlaściwej roli w życiu duchowym katolików. Podobno papież Jan XXIII komentując prace komisji przygotowującej Konstytucję o objawieniu Bożym „Dei Verbum” powiedział: „wybiła godzina Biblii w Kościele, czas odrobić zaniedbania”. Przyznano swieckim znacznie większą rolę w Kościele (Dekret o apostolstwie swieckich „Apostolicam actuositatum”); o ile wcześniej byli oni tylko biernymi uczestnikami życia Kościoła, teraz Kościół ten tworzą. Niektórzy mówili wręcz o „budzeniu śpiącego olbrzyma”. Pojawiają się od czasu do czasu, i to nieraz z ust wybitnych hierachów Kościoła, jak np. kardynała Martini’ego, długo uważanego za możliwego następcę Jana Pawla II, postulaty zwołania następnego Soboru. Może jednak warto byłoby najpierw poznać nieco lepiej nauczanie Vaticanum Secundum. Co prawda, parafrazując starą katechizmową regułę, możnaby powiedzieć, że „znajomość uchwał Soboru nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna”, to jednak Jan Pawel II w swojej encyklice „Fides et Ratio” ostrzegał, że wiara bez wiedzy łatwo może przerodzić się w zabobon. To jest groźne niebezpieczeństwo. Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” zaprasza na spotkanie poświęcone Soborowi Watykanskiemu II, ktore odbędzie się 5 marca o godz. 18:00 w sali parafialnej Kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej.
Mędrzec z Łopusznej Jest tylko jedno kryterium, które bezbłędnie weryfikuje autorytety, odsiewając intelektualne plewy od pięknych ziaren prawdy i mądrości: czas. Jednym z myślicieli, ktory próbę czasu przetrwał bez uszczerbku, był ks. prof. Józef Tischner. Choć trudno w to uwierzyć, ale od jego śmierci upłynęło już 15 lat. Mimo tego jest on ciągle wydawany i czytany, inspirując wielu myślicieli, którzy kontynuują jego styl myślenia. Powstają coraz to nowe książki, filmy, a nawet przedstawienia teatralne, z zachowanych nagrań odczytuje się i publikuje zapomniane, wydawałoby się, kazania i konferencje. Jego imieniem nazywa się ulice, szkoły, a nawet jedną szkołę wyższą, która pozytywnie wyróżnia się z tłumu miernot, polskich prywatnych niby-uczelni. Jest nią Wyższa Szkoła Europejska im. ks. Tischera w Krakowie. Jej współzałożycielem i pierwszym wieloletnim rektorem był Jarosław Gowin, najpierw student ks. Tischnera, później redaktor naczelny „Znaku” (intelektualnego miesięcznika ściśle związanego z „Tygodnikiem Powszechnym”), a w chwili obecnej wicepremier i minister polskiego rządu. Coroczne Dni Tischnerowskie przyciagają wielu intelektualistów światowej klasy. Byli wśród nich, na przykład, kanadyjski filozof Charles Taylor, czy też ks. Tomasz Halik (zwany „Czeskim Tischnerem”), obaj laureaci nagrody Templetona, przyznawanej za propagowanie wybitnych wartości duchowych, zwanej popularnie duchowym Noblem. Życie nie głaskało ks. Tischnera po głowie, ale taki jest już los proroków. Zaczął swoje życie pod prąd od dość wczesnego etapu swojej działalności, gdy podstaw filozoficznych naszej religii zaczął szukać nie w tomiźmie, systemie filozoficznym stworzonym przez św. Tomasza z Akwinu, a w fenomenologii. Uważał, że ten system jest bliższy mentalności i myśleniu współczesnego człowieka. Polemizowali z nim wtedy nie tylko przedstawiciele lubelskiej szkoły filozoficznej z KUL-u, ale też... redaktorzy macierzystego „Tygodnika”. Najczęściej była to dyskusja na poziomie jakiego możnaby się spodziewać po intelektualistach tej klasy. Czasem tylko pojawiały się kuriozalne oskarżenia o herezje, mimo, że fenomenologią zajmowali się, lub o nią ocierali, św. Edyta Stein i św. Jan Pawel II. Z papieżem łączyła zresztą ks. Tischnera wieloletnia przyjaźń. Trwała ona aż do ostatniego spotkania ze śmiertelnie chorym filozofem, co nastąpiło z inicjatywy też już wiekowego papieża w czasie jego przedostatniej pielgrzymki do Polski. Pożegnaniem był odręczny list napisany przez papieża kilka tygodni przed śmiercia ks. Tischnera. Szerszemu ogółowi czytelników objawił się ks. Tischner w czasach „Solidarności”. Stworzył wtedy podstawy etyczne całego ruchu i został okrzyknięty jego kapelanem. W przyszłości do myśli ks. Tischnera kilkakrotnie odwoływał się w swoich kazaniach papież Jan Paweł II. Po przemianach 1989 roku w nauczaniu ks. Tischnera pojawia się nowy ton: surowa krytyka polskiego społeczeństwa. Zauważył on ze zgrozą, że Polacy są właściwie nieprzygotowani do funkcjonowania w warunkach wolności, bo ciągle żywy jest wśród nich homo sovieticus. Nie oszczędzał więc ks. Tischner nikogo ani niczego, co w jego mniemaniu przeszkadzało w mentalnym wyjściu z komunizmu. W swojej krytyce widział poprostu lekarstwo – to powinno być gorzkie, jeśli ma być skuteczne. A że język miał cięty i lubil wyrażać się dosadnie, to coraz częściej spotykał się z niechęcią, a czasem wręcz niewybredną krytyką, zarówno ze strony świeckich jak i duchownych. Niektórych drażniło najbardziej to, że coraz więcej czasu poświęcał ks. profesor dialogowi z ludźmi spoza Kościoła lub jego obrzeży. Nie raz bronić go musiał sam papież. Ks. Tischner pochodził z rodziny góralskiej, choć inteligenckiej, i często do kultury Podhala nawiązywał. Łopuszna, wioska dzieciństwa na Podhalu, stała się jego drugim domem, lubił mówić gwarą, pisywać w niej artykuły, a najbardziej poczytną książką jego autorstwa została „Historia filozofii po góralsku”. Być może góralską mentalność nieco idealizował, ale inspiracja życiem ludzi prostych z pewnością sprowadzała jego wysublimowane myślenie na ziemię. Jak sam mówił „Jeżeli jakaś teoria filozoficzna nie daje się przetłumaczyć na góralski, to jest to teoria fałszywa”. Był ks. Tischner mistrzem humoru; czasem lekko frywolnych żartów, ale częściej dowcipnych historii będących genialną ilustracją do aktualnych wydarzeń. Gdy tuż po wprowadzeniu stanu wojennego zajrzał do redakcji „Tygodnika” zastał oczywiście nastroje grobowe: koniec nadziei na zmiany w Polsce, a sam tygodnik zawieszony nie wiadomo na jak długo. Sytuację niby bez wyjścia ks. Tischner rozbroił w mgnieniu oka opowiadając taką historię: „W czasie powodzi w Łopusznej chłopi stali przy moście na Dunajcu i obserwowali, co się dzieje. Przedmiot refleksji był zawsze ten sam: czy woda zabierze most, czy nie zabierze. Ale tym razem chłopów coś zaintrygowało: unoszący się na wodzie góralski kapelusz. Patrzą - stanął na prądzie. Za chwilę - pod prąd. Zaś stanął - i z prądem. „Cóż to? Cud?”, pyta jeden. „E nie, to Franek Gąsienica. Pedzioł, że ma w d... powódź i orze”. (cytat za biografią ks. Prof. Tischnera pióra Wojciecha Bonowicza). To przesłanie może być ważne dla każdego z nas i w każdym czasie: nie zważajmy na przeszkody, choćby trzeba było iść pod prąd. Jak kiedyś śpiewał Wojciech Młynarski - „Róbmy swoje”. To nic, że możesz nie doczekać owoców za swojego życia. Liczy się tylko to co powie o nas historia (a jeszcze bardziej Ktoś, ale nie chcę popadać w kaznodziejski ton). Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” zaprasza na spotkanie poświęcone życiu i działalności ks. prof. Józefa Tischnera. Odbędzie się ono 24 stycznia o godz. 18:00 w sali parafialnej Kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej. (Skaner, 1/2016)
Fenomen Taizé Człowiek współczesny, szczególnie ten żyjący w zachodniej cywilizacji dobrobytu, coraz częściej obojętnieje na sprawy religijne. Postępy techniki i medycyny czynią nasze życie wygodniejszym i bezpieczniejszym, co usypia potrzeby duchowe. Kościół polski nie przejawia co prawda znaczących objawów kryzysu, pesymiści boją się jednak, że u nas też powtórzyć się może sytuacja Francji czy Holandii, gdzie chrześcijanie są już w mniejszości. Szczególnie bolesna jest sytuacja Francji, bo to przecież kiedyś była „pierwsza Córa Kościoła”. Jak wszystko w życiu, obraz ten nie jest jednak tylko jednoznacznie czarny. Fakt, że na niedzielnej mszy św. we francuskim kościele bywa czasem tylko kilku wiernych. Fakt, że wiele kościołów zamknięto, a znaczący odsetek księży osiągnął już wiek emerytalny. Rzadko mówi się jednak o tym, że właśnie we Francji rodzą się nowe ruchy religijne, przyciągające najczęściej ludzi młodych, dla których wiara to esencja życia, a nie mało znaczący dodatek w postaci odbębnionej niedzielnej Mszy Św. i paru innych rytuałów, niewiele wpływających na codzienne postępowanie. “Wspólnota Błogosławieństw”, “Chemin Neuf (Nowa Droga)”, “Wspólnota Świętego Jana” czy “Wspólnoty Jerozolimskie” to tylko kilka przykladów nowych ruchów katolickich, skupiających świeckich i zakonnników, które probują na nowo odczytywać przesłanie Ewangelii i to w sposób dość radykalny. Nie wszyscy wiedzą, że obecny w naszej parafii Kościół Domowy też wywodzi się z francuskiego „Equipes Notre Dame”. Francuski rodowód (a właściwie francusko-szwajcarski) ma też inicjatywa zupełnie innego rodzaju: wspólnota ekumeniczna działająca w małej francuskiej wiosce Taizé. Jej tworcą jest urodzony 100 lat temu w Szwajcarii Roger Schütz. Wychowany w rodzinie pastora kościoła ewangelicko-reformowanego (kalwińskiego) był widziany jako następca swojego ojca i nawet został oficjalnie wyświęcony na pastora. On sam nie widzial jednak swojej przyszłości w służeniu zamożnym szwajcarskim mieszczanom. Uważał, że prawdziwy wyznawca Chrystusa jest posłany do biednych i odrzuconych, a koniecznymi elementami w drodze do Boga są ubóstwo i samotność. Pewnego letniego ranka 1940 roku (75 lat temu – a więc kolejna rocznica) Roger wyrusza na swoim rowerze w nieznane. Porzucając bezpieczną, bo neutralną, Szwajcarię dociera do ogarniętej wojną Europy, kilka kilometrow od granicy między okupowaną przez Niemcy częścią Francji, a strefą należącą do rządu Vichy. Tam w prawie zupełnie wyludnionej wsi Taizé kupuje za grosze budynki opuszczonej farmy myśląc o założeniu wspólnoty monastycznej, mimo, że od czasów reformacji w kościołach protestanckich klasztory nie istnialy. Żyje z własnej pracy, często klepiąc biedę i przymierając głodem, ale poświęcając czas modlitwie i pomagając ofiarom wojny: sierotom, uchodźcom i ukrywającym się Żydom. Po zakończeniu wojny pomagał też pracującym w okolicy niemieckim jeńcom wojennym. Tak jak wtedy był pośrednikiem między dwoma strefami politycznymi, tak w przyszłości stanie się pośrednikiem między religiami, kulturami i pokoleniami. Przekraczanie wszystkich możliwych granic, budowanie mostów, godzenie ludzi stanie się charyzmatem powstającej wspólnoty. Według słów założyciela „powinnością chrześcijanina jest być na liniach pęknięcia świata”. Kilka lat później dołączają do brata Rogera inni i w roku 1948 pierwszych siedmiu braci złożyło wieczyste śluby jedności z braćmi, ubóstwa i dożywotniego celibatu. Po jeszcze jakimś czasie bracia zaczęli nosić białe proste habity. Od samego początku grupa z Taizé szuka zbliżenia z Kościołem Katolickim, narażając się tym samym swojej macierzystej wspólnocie. Jako jeden z pierwszych znaczących ludzi Kościoła odwiedzil Taizé o. Lubac, jezuita, słynny teolog katolicki i późniejszy ekspert Soboru Watykańskiego. Nie była to jednak postawa powszechna. Gdy wspólnota mnichów chciała modlić się w opuszczonym kościele katolickim, lokalne władze kościelne zabroniły używania świątyni do „praktyk nie całkiem katolickich”. Ratunek nadszedł ze strony papieskiego nuncjusza we Francji Angelo Roncallego, czyli późniejszego papieża Jana XXIII. Bracia z Taizé są w ścisłej łączności ze wszystkimi papieżami poczynając od Piusa XII, ale przełomowy okazał się właśnie pontyfikat Jana XXIII. W czasie Soboru Watykańskiego II dwaj bracia z Taizé zostają mianowani jego oficjalnymi niekatolickimi obserwatorami – stawiali się podobno na obrady dzień w dzień bez wyjątków. Ich rzymski dom szybko zyskuje popularność wśród Ojców Soboru. Prawie codziennie odwiedzały ich grupy biskupów, wśród nich bywał kard. Wojtyła („To był początek czterdziestu trzech lat pełnego zaufania, które pozostało nienaruszone aż do jego śmierci” pisał br. Roger tuż po zgonie Jana Pawła II). Bracia regularnie konsultują się z kolejnymi głowami Kościoła, pytając ich o radę jak mogliby przyczynić się do jedności chrześcijan. Jan Pawel II widząc wiarę braci z Taizé w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii potwierdza możliwość udzielania im katolickiej Komunii Św. Zarówno on sam, jak i Benedykt XVI, uczynili to publicznie w czasie uroczystości na placu św. Piotra. Przyjaciółmi Wspólnoty Taizé stają się wybitne osobowości Kościoła Katolickiego: wśród nich Matka Teresa z Kalkuty, abp. Camara z Brazylii, kard. Wojtyła, red. Turowicz (to dzięki „Tygodnikowi Powszechnemu” Polacy mogli po raz pierwszy zapoznać się z przesłaniem Taizé). W okolicy Taizé lokują się katolickie zakony żeńskie i męskie, oraz mały monastyr prawosławny. W połowie lat 60. do wspólnoty przystąpił pierwszy katolik. Po nim podążali następni i w chwili obecnej katolicy stanowią we wspólnocie znaczącą grupę. Wsrod nich są też księża: jednym z pierwszych był Polak, ks. Marek. Wspólnota Taizé dostrzega w różnych wyznaniach chrześcijańskich to co w nich najcenniejsze i probuje je łączyć. W prawosławiu ceni piękno medytacyjnego śpiewu i głębię ikon. Z protestantyzmu przejmuje zanurzenie w Piśmie Świętym. W Kościele Katolickim najważniejsza jest sukcesja apostolska święceń kapłańskich i posługa komunii papieża. Do Wspólnoty należą protestanci różnych nurtów, anglikanie i katolicy, choć każdy z nich pozostaje członkiem swojego Kościoła. Jedynym koniecznym elementem przy składaniu ślubów zakonnych jest uznanie katolickiego rozumienia Eucharystii. Najważniejsza po bracie Rogerze postać Taizé, główny teolog grupy, brat Max dokonal konwersji na katolicyzm i przyjął katolickie święcenia kapłańskie. O kryptokatolicyzm był też podejrzewany br. Roger, ale on sam nigdy tego nie potwierdził. Wedlug niego, ekumenizm nie powinien wiązać się z rezygnacją z własnej wiary. W 1980 roku w Rzymie, w obecności papieża, powiedział „odnalazłem tożsamość chrześcijanina, godząc w sobie nurt mojej pierwotnej wiary ewangelickiej z wiarą Kościoła Katolickiego”. Od początku lat 60. Taizé staje się ważnym punktem spotkań młodzieży całego świata. Choć przez nikogo nie zachęcani, przybywają tam coraz liczniej. Wielu ludzi, wierzących i niewierzących, zadaje sobie pytanie, co w czasach postępującej ateizacji przyciąga niewiarygodne tłumy młodych do tej garstki mnichów; mimo, że dojechać tam niełatwo, każdego roku bywa ich tam kilkadziesiąt tysięcy. Spotkania młodych organizowane przez Wspolnotę w różnych częściach naszego globu gromadzą nierzadko kilkaset tysięcy uczestników. Mijają pokolenia, a Taizé widzi ciągle ten sam obraz barwnego, wesołego i czasem hałaśliwego miedzynarodowego tłumu, który milknie tylko wtedy, gdy przychodzi czas modlitwy. Nawet papiez Pawel VI podobno prosił br. Rogera „jesli masz klucz do zrozumienia młodzieży, daj mi go”. Sam brat Roger uważał, że młodzież do nich przybywa, aby szukac sensu swojego istnienia, a rolą braci jest nie tyle udzielać im rad, co być z nimi i ich słuchać. Ważne, jak się wydaje, jest też odnajdywanie w tym miejscu pokoju w sobie. Brat Roger często cytował słowa jednego ze świętych: „Zacznijcie dzieło pokoju w sobie, byście sami napełnieni pokojem, mogli nieść pokoj innym”. Najbardziej charakterystyczną cechą modlitw Wspólnoty Taizé są śpiewane nabożeństwa, wywodzące się z tradycji benedyktyńskiej. Te proste wielogłosowe kanony, śpiewane po łacinie i w wielu innych językach (także po polsku, sam byłem świadkiem jak cały kościół, i to w najważniejszym momencie – tuż przed medytacją, śpiewał „Bóg jest miloszczom”), są najlepszym wprowadzeniem do modlitwy kontemplacyjnej. Liturgia Taizé jest bardzo podobna do katolickiej, ale punktem krytycznym nabożeństwa jest kilkunastominutowa cisza: cała olbrzymia świątynia zbudowana na stoku wzgórza milknie; czasem ponad tysiąc młodych ludzi tkwi w zupełnym bezruchu siedząc na ziemi, lub na niziutkich stołkach (parę ławek pod ścianami zajmują ci, którzy nie akceptują swojego wieku metrykalnego, i ciągle czują się mlodzi), kontemplując relacje z Jezusem. Półmrok świątyni rozjaśniają płomyki świec. Modlitwą w stylu Taizé można modlić się nie tylko w mateczniku Wspólnoty i konfraterniach zakładanych w różnych, najczęściej najuboższych, częściach swiata. Kanony Taizé rozbrzmiewają też w wielu innych miejscach, także w London, między innymi na spotkaniach organizowanych dwa razy w miesiącu w King’s College, a także ... w naszym kościele parafialnym, gdy nabożeństwa prowadzi grupa Kościoła Domowego. W roku 2005 (10 lat temu – trzecia tegoroczna rocznica związana ze Wspólnotą) brat Roger został zamordowany w czasie nabożeństwa przez chorą psychicznie kobietę – spoczął w najprostszym z możliwych grobów tuż obok kościoła parafialnego w Taizé. Ale misja Taizé dalej trwa. Obecny przeor Wspólnoty, wybrany przez br. Rogera wiele lat przed smiercia, br. Alois jest niemieckim katolikiem. Martwiąc się o przyszłość Kościoła, miejmy oczy otwarte na nowe znaki czasu. Jan XXIII nazwał Taizé „mała wiosną Kościoła”, a Jan Pawel II podczas swojej wizyty w Taizé w 1986 roku powiedział: ”do Taizé przybywa się jak do źrodła. Podróżny przystaje, gasi pragnienie i udaje w dalszą drogę”. Warto wiedzieć to, co dzieje się w tej niepozornej burgundzkiej wiosce. Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” zaprasza na spotkanie poświęcone Wspólnocie Taizé, ktore odbędzie sie 19 września 2015 roku o godz. 18:15.

WisławSzymborska jakiej nie znaliśmy

Wszyscy znamy Wisławę Szymborską. Znamy ją od października 1996 roku, kiedy została wyróżniona  Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. Wówczas miała już 73 lata i chcąc nie chcąc stała się osobą publiczną. Przez kolejne 15 lat życie jej było dokładnie śledzone, a zbiory poezji wydawane w dużych nakładach. Nawet kręcono o niej filmy. Jednak trudno było ją namówic na wynurzenia wewnętrzne. Uważała, że „zwierzanie się publiczne to jakieś gubienie własnej duszy”. Nie lubiła rozgłosu i wystąpień  na scenie. Więcej niż 12 osób, to był dla niej tłum. Trudno sobie wyobrazić, jaką torturą musiało dla niej być wygłoszenie wykładu noblowskiego! Jednak tą sytuację przeżyła jak zwykle z uśmiechem na twarzy.

Na jej twórczość składa się około 200 wierszy. Nie tak dużo. Wiersze dojrzewały w niej długo, a  każdy temat miał swój początek w zdziwieniu. Sporo pisała, ale też dużo skreślała. Wiele wersji wierszy lądowało w koszu. Jednak te, które ostały się, były doprowadzone do perfekcji. W poezji Szymborskiej znamienna jest precyzja słowa, trafność, spójność, doszlifowanie frazy. W jej twórczości wyczuwa się pewien dystans do tematu, dyskrecję i subtelne poczucie humoru. Jednak o pisaniu wierszy nie dało się z Szymborską rozmawiać. Próbę takiej rozmowy zwykła ucinać krótko: „artysto twórz, nie gadaj”. Swoje credo poetyckie zawarła w następujących słowach: „Istotą poety jest wiara w tajemnicze moce drzemiące w każdej rzeczy. Poeta przy pomocy umiejętnie dobranych słów zdoła te moce poruszyć.” Trzeba przyznać, że poetka osiągneła mistrzostwo w dobieraniu adekwatnych słów i wydobywaniu tajemnych mocy ze zwykłych rzeczy.

Wiersze jej były tłumaczone na wiele języków. Ponieważ Szymborska często posługiwała się grą słów w celu wydobycia specyficznych skojarzeń, przekładanie wierszy na inne języki nastręczało tłumaczom trochę kłopotów. Jednak ten trud był wart zachodu.  Poezja Szymborskiej jest popularna np. w Szwecji, a we Włoszech ma wręcz spore grono wielbicieli.

Zacna noblistka kiedyś była piękną, filigranową dziewczyną. Co robiła w młodości, jakie były początki jej twórczości, w jakich kręgach się obracała, jakie były jej miłości?

O tym i o wielu innych sprawach z życia poetki można będzie dowiedzieć się na spotkaniu klubu Tygodnika Powszechnego, które poprowadzę  w dniu 16 maja w sali parafialnej kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej.   

 

Małgorzata Floryan

Stworzenie czy ewolucja?

Jak to już zauważył Albert Einstein, nauka bez wiary jest kulawa, a wiara bez nauki jest ślepa.  Natomiast Jan Paweł II w swojej ancyklice „Fides et Ratio” dokonał głębokiej filozoficznej i teologicznej analizy relacji pomiędzy nauką i wiarą. Już w pierwszym zdaniu tej encykliki czytamy: „ Wiara i Rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. W teorii wszystko wydaje się więc być proste i bezproblemowe, prawie sielanka. Rzeczywistość, jak zwykle w życiu, trochę zgrzyta. Problem polegał na tym, że nauka i wiara rozwijały się nierównocześnie i podążając w dodatku meandrami, stąd wielokrotnie wchodziły na terytorium drugiej strony, czasem próbując go nieco zawłaszczac.

Jednym z podstawowych problemów zarówno wiary jak i nauki jest początek wszechświata. W obu przypadkach nie należy on do problemów trywialnych. Najstarszy opis stworzenia podany został w Księdze Rodzaju. Obraz Boga w ciągu sześciu dni stwarzającego świat i ludzi z niczego przekazywał prawdę teologiczną, ale w sytuacji braku jakichkolwiek danych empirycznych długo traktowany był jednocześnie jako prawda naukowa.

Nikt nie kwestionowal tego, bo nie było ku temu najmniejszych podstaw, aż do wieku XVI, gdy zaczęła się rozwijać współczesna astronomia. Do pierwszego poważnego starcia między nauką i wiarą doszło za sprawą Kopernika i Galileusza, którzy obalili wynikający z biblijnego opisu stworzenia sąd, że ziemia jest centrum wszechświata. Obaj popadli w konflikt z oficjalnym nauczaniem Kościoła, ostro krytykował ich też Luter i inni przywódcy Reformacji. Kopernikowi, działającemu na peryferiach cywilizowanego świata, udało się uniknąc większych kłopotów – umarł zresztą niedługo po opublikowaniu swojej teorii. Gallileusz stanął przed trybunałem i choć bronił się, że „Duch Swięty naucza nas jak dojść do nieba, nie zaś jak niebo się obraca”, spotkała go dotkliwa kara. Szczęściem ocalił głowę. Był on zresztą bardzo pobożną osobą, więc skazujący wyrok był jego wielką tragedią osobistą. Od tego momentu utrwaliło się przekonanie, że między nauką i religią panuje nieusuwalny konfikt. Wiele osób – i to po obu stronach barykady – do dzis sądzi, że tak być musi.

Do pełnej wojny na styku wiara-nauka doszło w wieku XIX, gdy Darwin ogłosił swoją teorię ewolucji. Według niej, życie na ziemi rozwijało się spontanicznie z nowymi gatunkami organizmów żywych powstającymi wskutek przypadkowych mutacji genetycznych. Dobór naturalny powodował, że niekorzystne mutacje były eliminowane, a korzystne faworyzowane. Zmiany kumulowaly się w kolejnych pokoleniach doprowadzając do powstawania nowych gatunków. Przypadkowość kłóciła się wtedy z ideą Bożego stworzenia, więc z czasem ewolucja zaczęła być kojarzona z antyreligijnym modelem świata i zaczęto jej używać jako argumentu przeciw istnieniu Boga.

Choć w swojej prymitywnej formie próbowano zredukować całą ewolucję do pochodzenia ludzi od małp, postępy w dziedzinie genetyki dostarczały co raz mocniejszych argumentów ewolucjonistom. Począwszy od pierwszych prymitywnych form życia na ziemi ok. 3.7 miliarda lat temu wiemy już w ogólnych zarysach kiedy powstawały poszczególne gatunki. Ostatni wspólny przodek ludzi i małp żyl 5-7 milionów lat temu, a z genetycznie najbliższym nam szympansem mamy 98.5% identycznych genów. Nasz pierwszy przodek na dwóch nogach, czyli osobnik z gatunku homo, ma około 2 mln lat. To jeszcze nie człowiek taki jak my, czyli homo sapiens, bo ten pojawił się ok. 500 tys. lat temu. Do tej rodziny należą jeszcze bliżsi kuzyni, między innymi Neandertalczyk. Ten żył jeszcze całkiem niedawno, bo wymarł 28 tys. lat temu. Przez dłuższy okres czasu zył więc, podobnie jak i trzy inne rodzaje hominidów, obok ludzi współczesnych, którzy zaistnieli we Wschodniej Afryce ok. 200 tys. lat temu. Co ciekawsze, te odmiany czlowieka wzajemnie się krzyżowały i podobno większość z nas ma pewien procent genów Neandertalczyka. Dla wielu stwierdzenie to oczywiste jest od dawna – wystarczy popatrzeć na szefa.

Tak twierdzi biologia. Co jednak decyduje o tym, że twór, który pojawił się na pewnym etapie dziejów można nazwać człowiekiem. Dwunożność, umiejętność tworzenia i używania narzędzi, odpowiednio ukształtowany mózg? Teolog odpowie – dusza. Tą jednak trudno znależć w odkopanym kawałku czaszki. Ewolucjoniści twierdzą, że homo sapiens zaczął się porozumiewać za pomocą mowy (jak też uśmiechać) ok. 500 tys. lat temu. Do przeżywania religii konieczny był jeszcze bardziej rozwinięty mózg. Wszystko wskazuje na to, że stadium to zostało osiągnięte ok. 200 tys. lat temu, czyli w momencie pojawienia się ludzi współczesnych.

Ewolucja biologiczna jest tylko jednym z elementów ewolucji całego Wszechświata. Ta najbardziej ogólna teoria, oparta na pracach Einsteina, została sformułowana po zaobserwowaniu, że wszystkie galaktyki oddalają się od siebie i to z rosnącą prędkością. Nowa gałąź nauki, kosmologia, pozwoliła na teoretyczne skonstruowanie i empiryczne potwierdzenie modelu ewolucji Wszechświata, który twierdzi, że wszystko zaczęło się 13,798 mld lat temu od Wielkiego Wybuchu (Big Bang) i od tego momentu Wszechświat nieustannie się rozszerza. Nie wiadomo, jak dokładnie przebiegał Wielki Wybuch i co działo się przez pierwsze 10-43 sekundy (tzw. Era Plancka), ale wiadomo, ze Wszechświat był wtedy skupiony w jednym punkcie o niewyobrażalnie wysokiej temperaturze. Później, aż do dnia dzisiejszego wszystko wydaje się być jasne. Głównym autorem teorii Wielkiego Wybuchu  był  Georges Lemaître, katolicki ksiądz i późniejszy prezes Papieskiej Akademii Nauk. Dowodzi to, że ten najogólniejszy poziom ewolucji nie wywołał już iskrzenia na linii nauka-wiara.

Jak więc katolik ma pogodzić ewolucję Wszechświata z opisem stworzenia w Księdze Rodzaju? Otóż różne księgi Biblii mają różne formy literackie i należy umieć je czytać. Księga Rodzaju jest po prostu poematem. Nie dostarcza więc informacji jak został stworzony świat, ale przekazuje ważną prawdę teologiczną, że to Bóg jest Stwórcą. Natomiast błędem byłoby traktować Księgę Rodzaju jako traktat z dziedziny nauk ścisłych. Zresztą już św. Augustyn (V wiek n.e.) proponował taką alegoryczną interpretację Księgi Rodzaju, gdy pisał „Ilekroć zaistnieje konflikt między dosłowną interpretacją jakiegoś tekstu biblijnego, a prawdą dotyczącą przyrody, udowodniona za pomocą wiarygodnych argumentów, chrześcijanin powinien poddać tekst biblijny reinterpretacji metaforycznej” (De Genesi ad Litteram).

Od połowy XX wieku problem ewolucji nie wzbudza już poważniejszych problemów w oficjalnym nauczaniu Kościoła Katolickiego (w odróżnieniu od niektórych kościołów protestanckich, szczególnie w USA). Już w encyklice „Humani Generis” (rok 1950) papież Pius XII nie widzi powodów, by ewolucja biologiczna zagrażała nauce o stworzeniu człowieka. Genetyka była wtedy o wiele mniej zaawansowana, więc ewolucja była hipotezą o wiele słabszą niż dzisiaj. Pius XII uznał jednak, że nie byłaby z wiarą sprzeczna, gdyby okazała się prawdziwa.

Temat ewolucji kilkakrotnie podejmowal papież Jan Paweł II. Podczas audiencji generalnej 24 stycznia w 1986 roku wypowiedział się następująco o pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju: „W istocie teoria naturalnej ewolucji, rozumiana w sensie, który nie wyklucza Boskiej przyczynowości, nie jest przeciwna przedstawionemu w Księdze Rodzaju stworzeniu niewidzialnego świata.” A w roku 1996 w liście do dyrektora Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego znalazło się słynne już stwierdzenie papieża: „nowe zdobycze nauki każą nam uznać, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą”.

Najnowsze potwierdzenie stanowiska Kościoła w tej materii pochodzi od papieża Franciszka. W przemówieniu do uczestników sesji plenarnej Papieskiej Akademii Nauk powiedział: „Big-Bang umieszczany dziś u początku świata nie zaprzecza Bożej interwencji stwórczej, ale jej wymaga. Ewolucja natury nie jest przeciwna pojęciu stworzenia, bo zakłada stworzenie bytów ulegających ewolucji”.

Skąd więc ta ciągła nieufność w akceptowaniu ewolucji ze strony bardziej prominentnych jak i szeregowych członków Kościoła?

Kluczowy w tym względzie jest pogląd darwinizmu, że za ewolucję odpowiedzialny jest przypadek. Jeśli przypadek, to nie ma tam miejsca dla Boga. My Polacy mamy tu szczególny uraz, bo czasach stalinowskich propaganda komunistyczna posługiwała się teorią Darwina, aby ośmieszyć biblijną koncepcję stworzenia.

Glęboką analizę pojęcia przypadku przeprowadził w jednej ze swoich książek ks. prof. Michał Heller. Jego rozumowanie przebiega w skrócie według następującego toku. Wszystkie zdarzenia podlegają prawom przyrody, ktore też są elementami Wszechświata. O przypadku mówimy, gdy wiele czynników jest bliskich równowagi i człowiek nie ma możliwości przewidzenia, jak dokładnie będzie przebiegać zdarzenie. To jednak jest możliwe dla Boga. Z wydarzeniami przypadkowymi związany jest też czas. Gdy rzucimy monetę, musimy odczekać chwilę, aby stwierdzić czy na górze jest reszka czy orzeł. Bóg nie jest ograniczony upływającym czasem, żyje poza nim. Nawet więc zdarzenie, które dla nas jest przypadkowe nie jest takim dla Boga. Zanim rzucimy monetą On wie jak ona upadnie. Tak więc Bóg ma pełną kontrolę również nad zdarzeniami przypadkowymi.

Tak samo z ewolucją. Bóg stworzył Wszechświat z wszystkimi jego prawami. Jest to system nadzwyczaj skomplikowany i wydawać by się mogło nieprzewidywalny. On jednak już w momencie stworzenia wiedział jak potoczą się jego dzieje. Przypadek nie jest czymś co wymyka się Bogu z pod kontroli, jest cześcią jego stwórczego zamysłu. Stworzył taki świat, aby w pewnym momencie mogł na nim pojawić się w nim człowiek. Znów nie jest to pogląd całkowicie nowy, bo już św. Tomasz z Akwinu uważał, że „Boża opatrzność nie wyklucza zdarzeń przypadkowych i losowych” (Contra gentilles, rozdz. 74)

Opór przeciw teorii ewolucji był szczególnie silny w środowiskach protestanckich fundamentalistów w USA. Do lat sześdziesiątych XX wieku ewolucja była dziedziną zakazaną w programach szkolnych całych Stanów Zjednoczonych. Gdy genetyka dostarczyła nowych i ważkich argumentów wspierających ewolucję, zaczęto w szkołach uczyć obu teorii: kreacjonizmu i ewolucji. Dopiero w1987 roku uznano, że uczenie kreacjonizmu jest niezgodne z konstytucją, bo według niej szkoła powinna być neutralna wobec religii.

Wtedy powstała idea inteligentnego projektu (intelligent design - ID). Jej głównym argumentem jest fakt, że w teorii ewolucji są ciągle brakujące ogniwa, których naukowcy nie są w stanie wyjaśnić. Wydaje się, że istnieją tzw. „nieredukowalne złożoności”. Pewne układy biologiczne zależą od harmonijnego funkcjonowania wielu części składowych i trudno się spodziewać, że wszystkie one mogły zaistnieć jednocześnie wskutek przypadkowych mutacji. Według wyznawców ID złożoności te są śladami jakie „inteligentny projektant” pozostawił w świecie, a proces ewolucji musiał być kierowany przez „wyższą inteligencję”. Dla osób wierzących „inteligentny projektant” to oczywiście Bóg. Cała idea jest więc próba „uchwycenia Boga za rękę”, dowodem na jego istnienie. Bo skoro ewolucja nie była procesem przypadkowym, to Bóg musiał ingerować.

Teoria inteligentnego projektu nieświadomie nawiązuje do uprzednich zdarzeń w historii nauki. Bywało, że pojawiał się problem, którego nie można było na danym etapie rozwoju nauki wyjasnić, wtedy powstawała pokusa, aby dopatrywać się boskiej ingerencji. W pewnym sensie Bóg służył do zapychania dziur w teoriach naukowych („God of the gaps”). Zamysł autorów tego typu teorii był niewątpliwie szlachetny – pokusa, aby wątpiących przekonać o istnieniu Boga. Tyle, że metoda ta obracała się przeciw pierwotnym intencjom, gdy nauka, czyniąc postepy, problem rozwiązywała i zamiast dowodu na istnienie Boga, ateisci mieli argument przeciw jego istnieniu.

Najsłynniejszym przykładem tego typu był XVIII wieczny spór dwóch wybitnych myślicieli: Newtona i Leibnitza. Newton, odkrywca praw ruchu ciał materialnych, badał ruch planet i doszedł do wniosku, że ich orbity mogą być niestabilne. Nie mając innych argumentów orzekł, że to Bóg musi interweniować w ruch planet. Leibnitz natomiast wyśmiewał przypuszczenie, że „Bóg musi nakrecać od czasu do czasu swój zegar, w przeciwnym razie ustałoby jego działanie”. Epilog do tej historii napisał kilkadziesiąt lat później inny słynny uczony, Laplace, który zbudował poprawniejszy model ruchu planet, zupełnie stabilny. Anegdota mówi, że sam Napoleon wysłuchał jego wykladu, a po nim spytał, gdzie w nowej teorii jest miejsce dla Boga. „Najjaśniejszy panie, nie potrzebowałem tej hipotezy” miał odpowiedzieć Laplace.

Dla wierzących świat jest niewątpliwie jednym wielkim inteligentnym projektem Boga. Tyle, że sama nazwa została przez tworców ID skompromitowana – może więc lepiej za Einsteinem mowić o „zamyśle Boga”.

Wróćmy więc do tytułowego pytania: stworzenie czy ewolucja? Odpowiedź jest oczywiście „stworzenie przez ewolucję”. Bóg stworzył materię i wszystkie prawa nią rządzące, ale nie powołał wszystkich organizmów, a więc i ludzi, w gotowej postaci. To prawa przyrody kierują procesami ewolucji świata i życia, więc stworzenie jest procesem ciągłym, ktory trwa do dzisiaj. Zadaniem nauki jest ten proces badać, a teologia musi brać pod uwagę ustalenia nauki. Krytycy ewolucji wyrządzają złą przysługę religii, bo przypisywanie chrześcijaństwu poglądów sprzecznych z nauką je poprostu ośmiesza.

Kazimierz Adamiak

Pisząc ten tekst korzystałem z książek i artykułów ks. prof. Michała Hellera, wybitnego polskiego kosmologa, filozofa i teologa, członka Papieskiej Akademii Nauk i profesora Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie. W 2008 roku, jako pierwszy Polak został on uhonorowany Nagroda Templetona, przyznawaną wybitnym osobowościom, które „wnoszą wyjątkowy wkład w postęp badań i odkryć dotyczących rzeczywistości duchowej”.

 

Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” w London zaprasza na spotkanie poświęcone relacjom między wiarą i ewolucją. Spotkanie odbedzie się w sobotę 21 marca, 2015 o godz. 18:15 w sali parafialnej kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej.

 (Skaner, kwiecien/2015)

Katolicy, nawet ci, którzy traktują swoją wiarę jak najbardziej poważnie, żartują sobie czasem, że sam papież nie wie, ile żeńskich zakonów istnieje w naszym Kościele. Fakt, że jest ich sporo (internet odnotowuje ok. 2900). Tak jak dużo jest w naszym społeczeństwie biedy, nieszczęść i ludzi potrzebujących pomocy.

Świat się zmienia i zmieniają się wyzwania stojące przed ludzkością. W każdym pokoleniu jednak pod najróżniejszymi szyldami (kto słyszał o Benedyktynkach Obliczankach, Zawierzankach, czy Komboniankach), coraz to nowe zastępy dziewczyn i kobiet rezygnują ze swojego życia rodzinnego, doczesnych przyjemności, kuszących życiowych perspektyw, a całe życie poświęcają bezinteresownej służbie Bogu i bliźnim. Jedyne co podlega zmianom to formy tej służby ... jak też fason i kolor habitów – są w końcu kobietami z krwi i kości.

Każdy z zakonów ma swoją duchowość i swój charyzmat, cel swojej posługi i sposoby jej realizacji. Całkowite oddanie Bogu w zakonach kontemplacyjnych (karmelitanki, benedyktynki) jest ponadczasowe i takie zakony istnieją od bardzo dawna w formie właściwie niezmienionej. Co ciekawe, ostatnio obserwuje się zwiększoną falę powołań do tego typu życia.

Jedne zgromadzenia gasną, wyczerpawszy swoją misję, inne powstają w odpowiedzi na nowe palące problemy współczesnego świata. Zakonnice podejmują nowe wyzwania w odległych stronach świata i odmiennych kulturach: zostają misjonarkami w tropikach Afryki, polskie Karmelitanki zakładają swój dom na Islandii, francuskie Anuncjatki osiadają w polskim Licheniu, a Urszulanki przyjeżdżają wspomagać Polonię w Kanadzie. Zmienia się też tradycyjny model zakonnicy. To już nie tylko pokorne służki do modlitwy i pracy fizycznej, ale też siostry-lekarki, siostry-nauczycielki, siostry-dziennikarki, siostry-profesorki, czy siostry-teolożki (kilka z nich należy do Watykańskiej Międzynarodowej Komisji Teologicznej, doradczego gremium Kongregacji Nauki Wiary). Nie wykluczone, że będziemy też mieć w przyszłości siostry-kardynałki. Jan Paweł II myslał o mianowaniu jedną z nich św. Matki Teresy z Kalkuty.

Dla Polaków mieszkających nad ontaryjską Tamizą najbliższe sercu są oczywiście siostry Urszulanki (a ściślej rzecz biorąc Siostry Urszulanki Serca Jezusa Konającego): siostra Kinga i siostra Urszula. Zakon to dość młody, bo zatwierdzony w 1930 roku. Założony został przez świętą Urszulę Ledóchowską, arystokratkę, która dla Jezusa potrafiła zrezygnować ze splendorów światowego życia swojej epoki. Na stronie internetowej zakonu czytamy: "Od początków chrześcijaństwa wiele kobiet kontynuowało piękne doświadczenie niewiast z Ewangelii, które szły za Jezusem, służąc Jemu i Jego uczniom. W tej służbie trzeba odkryć cechy, które są typowe dla kobiecej psychiki: delikatność, poświęcenie, ofiarność, miłość oblubieńcza, macierzyństwo duchowe. Jakże czułość może być sprzeczna z powołaniem, a macierzyństwo duchowe można przeżywać abstrakcyjnie, skoro mamy być znakiem czułej obecności i dobroci Boga dla ludzkości?" Gdyby więc nie to, że słowo „feminizm” zostało zawłaszczone i bezpowrotnie skażone przez radykalne feministyczne ideolożki, moznaby nazwać siostry Urszulanki pierwszymi katolickimi feministkami.

Dla nich samych sprawy terminologiczne wydają się być drugorzędne, więc podążają za zdroworozsądkową zasadą „róbmy swoje”: organizują przedszkola, szkoły, domy dziecka, internaty i domy akademickie. Prowadzą kursy, świetlice i czytelnie. Zajmują się także katechizację w szkołach oraz kształceniem katechetek. W 1 stycznia 1925 roku (a więc prawie dokładnie 90 lat temu) św. Urszula przeszczepiła na grunt polski ruch Krucjaty Eucharystycznej, aktywny do dziś w naszej parafii. Wszystko dla dobra innych, w końcu znane powiedzenie św. Urszuli, że „święty to przyjaciel” do czegoś zobowiązuje. Jeśli ktoś wciąż miałby wątpliwości co do tego jak ważna jest ich służba, niech tylko spróbuje wyobrazić sobie jak wygladałaby nasza parafia, gdyby siostry nie przyjechały do nas w 1975 roku.

Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” w London zaprasza na spotkanie poświęcone św. Urszuli Ledóchowskiej – za kilka miesięcy obchodzić będziemy 150. rocznice jej urodzin, a kilka miesięcy temu upłynęło 75 lat od dnia jej śmierci. W ten sposób wyrazimy też wdzięczność s. Kindze i s. Urszuli za ich pełną oddania służbę w naszej wspólnocie parafialnej. Spotkanie odbedzie sie w sobotę 8 listopada, 2014 o godz. 18:15 w sali parafialnej kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej po mszy św. w intencji obu sióstr.

Kazimierz Adamiak

("Skaner", 11/2014)

 

 

Pamięć o bohaterach Wielkiej Wojny

Od wybuchu II Wojny Światowej upłynęło właśnie 75 lat. Jest ona dla wiekszości z nas odległą historią, a liczba jej uczestników i naocznych świadków szybko się kurczy. Wryła się jednak mocno w naszą świadomość i ciągle wywołuje wiele emocji. Jednym z najtragiczniejszych wydarzeń tej Wojny było Powstanie Warszawskie, ktorego 70 rocznicę wybuchu obchodziliśmy w sierpniu. Powstaniu była poświęcona m. in. znaczna część sierpniowego wydania „Skanera”.

Przez wiele lat w dyskusjach o Powstaniu dominowały wątki polityczne i militarne. Pewne fakty są bezsporne: bestialstwo hitlerowców i ich sojuszników (dowodzonych przez Ericha von Bach-Zelewskiego, w którym płynęła zresztą polska krew), a także bezdyskusyjna zdrada Armii Czerwonej, oficjalnie przynoszącej Polsce wyzwolenie. Inne sprawy już nie były tak oczywiste: czy Powstanie miało sens (przeciwny wybuchowi był gen. Anders) i jakie były jego skutki. Z jednej strony powstanie przyniosło śmierć blisko 200 tys. ludzi i kompletne zniszczenie miasta. Z drugiej, jak uważają niektórzy historycy, uchroniło nas ono po wojnie przed wcieleniem do ZSRR jako kolejnej republiki.

Jak to się dzieje w przypadku wydarzeń o największym kalibrze, pamięć o Powstaniu z czasem nie wygasa, ale powraca kolejnymi falami. Tym razem zaczynają dominować sprawy czysto ludzkie. Bezsporne było nadzwyczajne bohaterstwo uczestników i nikt go nie kwestionuje. Chcemy jednak o tamtych bohaterach i o tamtych czasach wiedzieć więcej.  Jak wyglądało życie codzienne walczącej Warszawy? Jakimi ludźmi byli uczestnicy Powstania? Co czuli, gdy bardzo prawdopodobna śmierć zderzała się z ich młodzieńczymi marzeniami, gdy stawali w obliczu przerastających ich życiowych dramatów? Pewnie zdarzało się, że łzy i rozpacz brały czasem górę nad najbardziej nawet wzniosłymi uczuciami. Jak zawsze w życiu, obrazy czarno-białe są nieprawdziwe, bo zbytnio upraszczają rzeczywistość - bliższe prawdy są różne odcienie szarości.

Nie są to pytania stawiane z czystej ciekawości. Wszyscy wiemy, co dzieje się we współczesnej Polsce: cynizm polityków, bezwzględność świata biznesu, dezorientacja i obojętność szarych obywateli. Jak to możliwe, że polskie społeczeństwo mogło pęknąć tak dramatycznie na zwalczające sie się klany, że dzieci i wnuki tamtych bohaterów opanowało tak wielkie zacietrzewienie, a czasem wręcz wrogość.

Choć z drugiej strony rzadko pamiętamy, że Polska międzywojenna też nie była państwem idealnym. Animozje i konflikty między różnymi opcjami politycznymi były chyba mocniejsze niż nasze obecne; dopiero śmiertelne zagrożenie zewnętrzne scaliło zupełnie rozbity, wydawałoby sie, naród. Wiadomo, że w czasie wojny wszystko było łatwiejsze: nie ma wątpliwości kto jest wrogiem, a kto przyjacielem, co jest dobre a co złe. Ale czy znów potrzeba zagrożenia zewnętrznego, abyśmy zaczęli robić coś dla wspólnego dobra?

Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” w London zaprasza na spotkanie z okazji rocznicy wybuchu II Wojny Światowej, poświęcone zwłaszcza pamięci o Powstaniu Warszawskim. W czasie spotkania będzie okazja do obejrzenia filmu poetycko-biograficznego pod tytułem „Baczyński”, poświęconego poecie, który był symbolem całego wojennego pokolenia*. Projekcja będzie miała miejsce w sobotę 27 wrzesnia, 2014 o godz. 18:15 w sali parafialnej kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej.

Kazimierz Adamiak

(za Skaner, wrzesień 2014)

*Pokaz jest możliwy dzięki bezpłatnej licencji zaoferowanej przez Studio Interfilm Sp. Z o.o. w Warszawie.

 

wtorek, 15 kwietnia 2014 11:23

Pierwszy rok papieża Franciszka

Napisał

Pierwszy rok papieża Franciszka

 

Znaną dewizą „Tygodnika Powszechnego” jest „być niewygodnym”, bo to najlepsze lekarstwo na gnuśne samozadowolenie i bezduszną rutynę. Tak samo jak niewygodne było przesłanie starotestamentowych proroków. Nie mieli oni łatwego życia napominając swoich słuchaczy, wytykając im błędy i wzywając do przemiany życia. Nic więc dziwnego, że reakcją było niezrozumienie, odrzucenie, a czasem prześladowania. Ich rola była jednak bezcenna, bo „Jeśli chcesz znaleźć źródło, musisz iść do góry, pod prąd. Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj! (Jan Paweł II, Tryptyk Rzymski).

Patrząc na „Tygodnik” z tej perspektywy trzeba przyznać, że historia była dlań jednak łaskawa, bo już kilkakrotnie doświadczał on pełnego potwierdzenia słuszności swojej linii programowej. Kolejny raz zdarzyło się to w ubiegłym roku, w momencie wyboru papieża Franciszka. Od pierwszych chwil jego pontyfikatu widać wyraźnie, że jest ten papież za opcją Kościoła otwartego, pielgrzymującego, tolerancyjnego i ubogiego. Gdy kiedyś Jerzy Turowicz, i inni publicyści TP, upominali się o ubogich przyczepiono im łatkę „katolewicy” i oskarżano o sprzyjanie socjalizmowi. W podobnej sytuacji znany brazylijski arcybiskup Helder Camara, często obecny na łamach „Tygodnika”, powtarzał „Jeśli daję biednym chleb, nazywają mnie świętym. Gdy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, nazywają mnie komunistą”.  Przyjaźn łączyła też redaktora Turowicza z inną osobą o poglądach lewicowych, czy wręcz anarchistycznych, z Doroty Day – dziś kandydatką na ołtarze.

Tymczasem problem ubóstwa, zarówno w społeczeństwie jak i w Kościele, od samego początku stał się jednym ze znaków rozpoznawczych tego pontyfikatu, o czym świadczy już pierwszy gest wyboru imienia, inspirowany Biedaczyną z Asyżu. Krytykując przyzwolenie współczesnego świata na biedę papież powiedział: „Nikomu nie wolno być obojętnym na nierówności. Każdy musi coś z siebie dać, by położyć kres niesprawiedliwości. Kulturę egoizmu i indywidualizmu musi zastąpić kultura solidarności. Wielkość społeczeństwa poznaje się po tym, jak traktuje się najbiedniejszych. Nie wolno nam tolerować kultury zbędnego. Nikt nie jest zbędny. Wszyscy jesteśmy braćmi”. Kościelna krytyka ubóstwa byłaby jednak zwykłą hipokryzją, gdyby sam Kościół go nie praktykował: „kiedy spotykamy apostołów, którzy chcą Kościoła bogatego, Kościoła bez darmowości wielbienia, starzeje się on, staje się organizacją pozarządową, nie ma życia”.

„Tygodnikowa” wizja Kościoła otwartego pięknie współgra z tym, co papież Franciszek mówił do młodzieży w Rio: „Chcę, żeby Kościół wyszedł na ulice. Żeby odrzucił ziemską powłokę, klerykalizm, żebyśmy przestali zasklepiać się w sobie”. Albo z cytatem z adhortacji apostolskiej „Evangelium gaudium”: „Wolę Kościół posiniaczony, zraniony i brudny, bo wychodzący na ulice, niż Kościół chory, bo przywiązany do swojego bezpieczeństwa. (...) Nie chcę Kościoła skoncentrowanego na swoim trwaniu, zamykającego się w plątaninie obsesji i procedur”.

Wyrazistym elementem linii programowej TP była też zawsze tolerancja i otwarcie na dialog z innymi religiami, zwłaszcza z najbliższym nam judaizmem, i niewierzącymi. Swoje zdanie na temat stosunków polsko-żydowskich papież wyrażał niejednokrotnie - tytułem przykładu inny cytat z "Evangelium Gaudium": "Bóg nadal pracuje wśród ludzi Starego Przymierza i przynosi im skarby mądrości, wynikające ze spotkania z Jego słowem. Także kościół katolicki jest ubogacony, przejmując mądrość judaizmu".

Podejmując dialog z niewierzącymi papież z „wielką serdecznością” odpowiedział na list Eugenio Scalfariego, znanego wloskiego lewicowego dziennikarza, gdzie, między innymi, pisał: „... dla tych, którzy chcą być wierni darowi naśladowania Jezusa w świetle wiary, ... ten dialog nie jest drugorzędnym dodatkiem do egzystencji wierzącego: jest jej głębokim i niezbędnym wyrazem”.

Bóg wielokrotnie posyłał do ludzi swoich proroków, choć czasem z mizernym skutkiem, bo rzadko ich naprawdę słuchano. Czy to samo spotka proroka naszych czasów, papieża Franciszka? Czy zdobędziemy się na wysiłek zrozumienia jego nauczania i przyjęcia go za swój, czy pozostaniemy na poziomie opowieści o czerwonej pelerynce?

Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” w London zaprasza na spotkanie z okazji pierwszej rocznicy wyboru papieża Franciszka. Będzie okazja do obejrzenia filmu „Papież Franciszek – człowiek, który zmienia świat” i podzielenia się naszymi wrażeniami z początków tego pontyfikatu. Spotkanie odbędzie się w sobotę 10 maja o godz. 18:15 w sali parafialnej kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej.

Kazimierz Adamiak

(Skaner, Nr. 5(229), maj 2014)

poniedziałek, 03 marca 2014 18:28

E-rekolekcje z biskupem Rysiem

Napisał

Upłynął już prawie rok od wyboru papieża Franciszka, a on ciągle nie przestaje nas zaskakiwać. Jego proste w treści, a głębokie w wymowie gesty zmuszają nas do przemyślenia na nowo skostniałych często schematów naszej wiary. Odnowa całego Kościoła to jednak zadanie przekraczające możliwości jednego człowieka, nawet jeśli jest on papieżem. Konieczna jest współpraca biskupów, kapłanów i, last but not least, nas wszystkich.

 

Następnym szczeblem w hierarchicznej strukturze Kościoła są biskupi. W polskim episkopacie następuje właśnie znacząca zmiana pokoleniowa: odchodzą na emerytury hierarchowie starsi, a ster polskiego Kościoła przejmują młodsi, najczęściej wyświęceni na księży już po naszym wyjeździe z Polski. Duch Święty niewątpliwie nad tym procesem czuwa, bo niektóre z tych nominacji zaskakują trafnością: biskupami zostają księża obdarzeni niezwykłym darem głoszenia Ewangelii połączonym z talentami organizacyjnymi i głębia osobistej wiary.

 

Jednym z nich jest biskup Grzegorz Ryś, pomocniczy biskup Krakowa, przed nominacją rektor krakowskiego Seminarium Duchownego i członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Ta nominacja zupełnie nie zaskakuje, jeśli wysłuchało się choćby jednej jego homili. Komentując fragmenty Pisma Świętego, znane czasem prawie na pamieć, otwiera on słuchaczom uszy na zupełnie nową ich interpretację. Nie używa krasomówczych wybiegów, ale trafia bezbłędnie w najgłębsza istotę naszej wiary i jest zrozumiały dla wszystkich, bo świadomie upraszcza swój język odrzucając skomplikowane teologiczne zwroty.

 

Równie ważna jak przekaz słowny jest jego osobista postawa, zupełnie pozbawiona pokus do dostojeństwa i wyniosłości. Zaskakuje za to swoją bezpośredniością i przystępnościa. Wysłałem do niego swój email w czasie najgorszym z możliwych, bo akurat był w Rzymie składając papieżowi wizytę „ad limina apostolorum”. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział nań już następnego dnia,  w stylu zupelnie nie pasujacym do eminencji biskupa starszej generacji, nie podpisując go w dodatku pełnym zestawem swoich kościelnych i naukowych tytułów (a jest znanym profesorem historii średniowiecza na Uniwersytecie Jana Pawla II), a poprostu „+grzegorz”. Jest zwykłym uczestnikiem spotkań neokatechumenalnych w swojej wspólnocie, corocznie idzie w pieszej pielgrzymce do Częstochowy, w czasie której zdarza mu się grać w piłkę z innymi pątnikami, a kilka lat temu pojechal rowerem do Santiago de Compostela.

 

O. Andrzej Szustak, znany dominikański wędrowny kaznodzieja, podsumował sprawę bez ogródek i zbędnej finezji: „czytajcie wszystko co wyjdzie z jego ręki, sluchajcie wszystkiego, co wyjdzie z jego ust”. Po przeczytaniu kilku książek bpa Rysia, jego wielu artykułów i cotygodniowych rozważań publikowanych w „Tygodniku Powszechnym” mogę się tylko pod tą radą podpisać obiema rękami.

 

Wydaje mi się, że dwa słowa najpełniej określają styl przepowiadania bpa Rysia: entuzjazm i optymizm. Gdy niektórzy widzą wszystko w czarnych barwach, a za najważniejsze problemy uważają kryzys Kościoła i prześladowanie wierzących, bp Ryś głosi kościelną wiosnę i organizuje spotkania ewangelizacyjne. Nie ma na nich polemiki z inaczej myślącymi, postulatów politycznych ani spektakularnych cudów. Za to uczestniczy w nich wiele tysięcy ludzi, a znaczny procent przystępuje do spowiedzi i powraca do pełnej łączności z Kościołem. Nic więc dziwnego, że został bp Ryś szefem Zespołu do spraw Nowej Ewangelizacji przy Konferencji Episkopatu Polski, w pewnym sensie jednej z najważniejszych w chwili obecnej agend polskiego Kościoła Katolickiego.

 

Jak się wydaje, bp Ryś był jednym z niewielu, którzy przewidzieli duch obecnego potyfikatu zanim się on zaczął. Dowód? Może nim być cytat z homilii papieża Franciszka wygłoszonej całkiem niedawno, bo 14 lutego 2014: „Nie czynią przysługi Panu ani Kościołowi ci chrześcijanie o tempie adagio-lamentoso, którzy ciągle narzekają na wszystko, wiecznie smutni... To nie jest styl ucznia. Św. Augustyn mówi do chrześcijan: ‘Idź, idź naprzód, spiewaj i chodź z radością’. To jest chrześcijański styl. Głosić Ewangelię z radością, a Pan czyni resztę. Natomiast zbytni smutek czy zgorzknienie prowadzi nas do tak zwanego chrześcijaństwa bez Chrystusa...”

 

Jak  mówi przysłowie, przypomniane niedawno w naszym kościele przez ks. proboszcza Zbigniewa Rodzinkę: „lepiej zapalić jedną świeczkę zamiast przeklinac ciemność”. Świece papieża Franciszka i biskupa Grzegorza płoną już jasnym płomieniem. Dołączmy do tego nasze skromne, czasem ledwo żarzące się i kopcące, płomyczki.

 

Co prawda większość z nas o bezpośrednich rekolekcjach głoszonych przez bpa Rysia może tylko pomarzyć i nigdy pewnie nie zobaczy go na żywo, ale żyjemy przecież w epoce elektronicznej. Sporo kazań bpa Rysia jest dostępnych w internecie. Grupa jego sympatyków z Wrocławia, a więc innej niż jego diecezji, dokumentuje wszystkie nowe wystąpienia biskupa Grzegorza na stronie internetowej: http://biskup-rys.pl/. Klub Przyjaciół „Tygodnika Powszechnego” w London zaprasza natomiast na “E-spotkanie z biskupem Rysiem” ilustowane jego nagranymi homiliami i cytatami z jego publikacji. Odbędzie się ono w sobotę 15 marca o godz. 18:15 w sali parafialnej kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej po Mszy Świętej odprawionej w intencji kilkunastu zmarłych redaktorów „Tygodnika Powszechnego”. Błogosławieństwo samego bpa Rysia dla nas już czeka nadesłane emailem. Zapraszamy!

 

News

  • Jan Paweł II: święty i człowiek +

    Kwiecień każdego roku, a w kalendarzu religijnym Święto Miłosierdzia Bożego, dla naszej generacji będzie się już chyba stale kojarzyć z Read More
  • Dziedzictwo Soboru Watykańskiego Drugiego +

    Nasz wiek nie jest wiekiem teologii. Nie do wyobrażenia jest dzisiaj sytuacja z IV wieku, kiedy to ponoć przekupki na Read More
  • Mędrzec z Łopusznej - w 15 rocznicę śmierci ks. prof. Tischnera +

    Mędrzec z Łopusznej Jest tylko jedno kryterium, które bezbłędnie weryfikuje autorytety, odsiewając intelektualne plewy od pięknych ziaren prawdy i mądrości: Read More
  • Klub Przyjaciół "Tygodnika Powszechnego": Fenomen Taize +

    Fenomen Taizé Człowiek współczesny, szczególnie ten żyjący w zachodniej cywilizacji dobrobytu, coraz częściej obojętnieje na sprawy religijne. Postępy techniki i Read More
  • Klub Przyjaciół "Tygodnika Powszechnego": Szymborska jakiej nie znaliśmy +

    Wisława Szymborska jakiej nie znaliśmy Wszyscy znamy Wisławę Szymborską. Znamy ją od października 1996 roku, kiedy została wyróżniona Nagrodą Nobla Read More
  • 1
  • 2